Obóz Hufca ZHP "Podlasie" w Lubiance - 2-15.08.2014
Czas płynie, czas ucieka, a te dwa tygodnie obozu minęły zbyt szybko. Wspomnienia wciąż trwają w uczestnikach, magiczne chwile zostały uwiecznione na zdjęciach. Po głowie na okrągło przewraca się "Majka", "Major Ponury" i "Wieczorne śpiewogranie".
Wszystko zaczęło się niepozornie, ot, grupa harcerzy w mundurach, ich rodzice i spokojnie stojący przy Novym Kinie autokar. Przytulanie, machanie na pożegnanie, śpiewanie w drodze przy akompaniamencie gitary. Krajobraz, który przedstawiał coraz więcej wzgórz, przecież zostawiliśmy za sobą niziny. W końcu zadomowienie się w lesie, w wojskowych namiotach.
Wtedy wszystko ruszyło pełną parą.
Pierwsze dni minęły nam na pionierce obozowej. Zbudowaliśmy ogrodzenie, bramę, punkt p.poż. Sprawiliśmy, że nasze namioty ze zwykłego schronienia przeobraziły się w całkiem przytulne mieszkania. Zbudowaliśmy totemy i proporce, nazwaliśmy nasze drużyny tak, by wpasowały się w tematykę Żołnierzy Wyklętych. Na początku dopisywała nam pogoda; korzystaliśmy z niej opalając się na plaży i pływając w zalewie. Trzeciego dnia odbyła się gra: "Bieg Cichociemnych", który był lekkim wyzwaniem, ale też kolejnym powodem do zabawy.
Kolejne dni były pełne wycieczek. Zwiedziliśmy m. in. Starachowice, Sandomierz, Wąchock, zamek Krzyżtopór. Czasami byliśmy wyczerpani, przerażała nas myśl o nocnej warcie i zaprawie porannej prowadzonej przez druha oboźnego, jednak niemal codziennie wieczorem otrzymywaliśmy wspaniałą nagrodę - ognisko, krąg i "misie" (dla niewstajemniczonych: "misie" to przytulanie na dobranoc). Kiedy nigdzie nie wychodziliśmy, a akurat padało lub była burza, zazwyczaj zbieraliśmy się na stołówce i śpie-waliśmy lub graliśmy w gry planszowe.
I tak nam mijał czas. Druh Tomek dużo opowiadał o Majorze Ponurym, Żołnierzach Wyklętych, okresie drugiej wojny światowej. My słuchaliśmy, zdobywaliśmy sprawności, budowaliśmy szałasy. Było kilka wypadków (jak to mówią: "Gdyby kózka nie skakała..."), jednak dzięki zajęciom i grze dot. pierwszej pomocy wiedzieliśmy, co robić. Wysłaliśmy wiele listów i prezentów od "tajemniczych wielbicieli" przez pocztę obozową. Nauczyliśmy się wielu rzeczy, zebraliśmy garść doświadczeń, zdobywaliśmy nasze własne, prywatne cele - czasem chodziło o wygranie meczu w ringo, innym razem o wejście na Łysicę. Po dwóch tygodniach poznawania siebie, spędzania razem czasu, ciężko było uwierzyć, że to już koniec tego obozu, że naprawdę wracamy do Siedlec, do innego świata. I choć wiedzieliśmy, że będziemy się widzieć na zlotach, wymieniliśmy się numerami telefonów, pożegnanie nie odbyło się bez wielkiego "misia" i kilku łez...
Do zobaczenia za rok!
Iza Suplewska
Własna strona www za darmo - sprawdź